Co mnie dzisiaj wkurwiło? 2010-05-27 17:37:49

W związku z tym, że sezon zajebiście śmierdzących pasażerów komunikacji miejskiej wywąchałam za uroczyście rozpoczęty, byłam przekonana, że nic gorszego od smrodu wielotygodniowego starczego (może i jestem uprzedzona, ale to od starych ludzi najbardziej jebie!) nie może mnie w busie do roboty spotkać. Do dziś. Kurwa.

Ludzi jak zwykle wsiadło w chuj. Ale nie było aż tak źle. Posłuchałam rozmowy o epapierosach. Nawet przez chwilę zastanawiałam się, czy by sobie takiego cacka nie kupić, ale później w rozmowie okazało się, że to dziadostwo często się psuje, więc doszłam do wniosku, że nie warto. Na 3. przystanku (takie rzeczy się pamięta - wierzcie mi) wsiada ona - WIELORYBICA. A właściwie  W I E L O R Y B I C A. Mówię Wam - potwór. Wiem, wiem - otyłość to choroba, nie śmiejmy się, módlmy się i kochajmy bliźnich. Ale jak ja mam kochać takiego zwalistego bliźniego, który mnie, kurwa, swoim tłustym jestestwem wgniata w szybę?! No sorry - ale nawet moje wielkie i nieskazitelnie czyste serduszko ma swoje granice. I stoi nade mną, a właściwie wpół na mnie. I sapie. A mi się płakać chce. I nawet myślę sobie, że pierdolę - od jutra chodzę do pracy na pieszo (żegnajcie dodatkowe pół godziny snu), ale potem coś mnie tyka, że jakże to tak?! No bo, kurwa mać, czy to ja jestem otyła, żeby z rana musieć sobie fundować gimnastykę w postaci spacerków do pracy?! W związku z powyższym wojnę uznaję za rozpoczętą!

skomentuj (3)

A jak wpiszesz w google: 2010-04-04 22:15:41

   "list sprawiający radości w smutku i samotnosci"

to wyskoczy Ci mój blog.

Tak, wiem - jestem promyczkiem szczęścia!

:)
(:

skomentuj (0)

Jak nie będziesz jeść rodzynek, to schudniesz - gwarantuję Ci to! 2010-03-04 12:08:24

I niech kiedyś jakiś debil spróbuje tylko mi wmówić, że nie jestem zdeterminowana i cierpliwa, to go strzaskam po ryju i tyle. Bo czyż determinacją nie jest wybieranie bakalii z keksa? Otóż to. Prawie pół godziny zajęło mi wyłuskanie ciasta z tego całego rodzynkowo-skórkowo-obsuszanego świństwa. Ja nie wiem, jak można lubić takie zeschnięte próchno. W każdym razie zostały dla mnie po keksie okruchy rasy aryjskiej - bez żadnej domieszki. No i dobrze, że same okruchy. Bo ja się odchudzam i w związku z tym jej same okruszki jak ptaszek, a raczej jak Duży (Wielki?) Ptak z Ulicy Sezamkowej.

skomentuj (2)

Kochanie, muszę Ci coś wyznać! 2010-02-01 22:16:38

Zwróciłeś uwagę na moje przenikliwe i głębokie spojrzenie.

Zwróciłeś uwagę na to, jak lekko poruszam się w tańcu.

Ale nie zwróciłeś uwagi na to, że nie trzymam moczu!

skomentuj (1)

No i chuj bombki strzelił! 2010-01-02 13:44:49

Grudzień to zdecydowanie najbardziej frustrujący i wkurwiający miesiąc w roku. Czasem mam wrażenie, że cały świat się toczy od grudnia do grudnia. Wszyscy wokół jarają się świętami. Choinki, bombki, prezenty, rodzinna atmosfera. Czyli, że - nazywając rzeczy po imieniu - wszystko wtedy kipi słodką do obrzygania hipokryzją. Dzielenie się opłatkiem można zatem nazwać koronacją chujowego czasu pachnącego choinką i karpiem. Życzenia zawsze te same - żebym się ustatkowała, znalazła wspaniałego męża i urodziła mnóstwo dzieci. No żesz kurwa - wspaniale! A kuchnia żeby stała się moim miejscem na Ziemi. No i po życzeniach obowiązkowo ściskanie się, całowanie. I ja się potem zastanawiam, skąd u mnie bierze się taki wstręt do fizycznego kontatu z ludźmi, dlaczego spinam się za każdym razem, gdy ktoś tak po prostu chce mnie objąć, gdy mam na przykład parszywy dzień. Święta za każdym razem mnie wyjaławiają. Po nich jest kilka dni spokoju, by pozornie wrócić do pozornej normy. No bo przecież jeszcze potem jest mus szampańskiej zabawy w sylwestra - tańce, hulanka, swawola i uśmiech włażący do uszu. Ale ja to pierdolę w sam środek buchającego fajerwerkami serca. Nie chce mi się bawić, nie chce mi się naklejać na gębę nawiasu okrągłego, że niby jest mi fajnie, że się cieszę, że z radością żegnam stary rok i witam nowy. A może po prostu ogarnia mnie wtedy cholerny żal, że inni mogą się wtedy dobrze bawić, a ja muszę brać podwójną dawkę prochów nasennych, żeby mnie nie zalała żółć, żeby nie myśleć, jak mi się wszystko wywróciło do góry nogami? Nie wiem. Po prostu się cieszę, że już minął ten jebany grudzień.

skomentuj (0)

O tym, jak zdobyłam narzeczonego, nie poznając go 2009-12-22 22:36:14

Siedzę sobie w pracy. Nóżka na nóżkę, kawka - czyli to, co lubię najbardziej: opierdalanie się, które daje mi poczucie bezpieczeństa. Wcale nie chcę, by coś się działo - jestem zbyt leniwa i zbyt mnie wkurwia i nie dotyczy status instytucji, w której pracuje, by mnie jarało uczestnictwo w wydarzeniach z życia zakładu pracy. Ów zawiły wstęp oczywiście ma służyć zbudowaniu sielskiej atmosfery. A sielska atmosfera ma to do siebie, że aż się prosi, by zrównać ją z ziemią. A zaczyna się od pukania do drzwi. Puk, puk (tak to mniej więcej brzmiało). Do pokoju wchodzi dwóch mężczyzn. Wiem, wiem - początek, jak z filmu porno. Do wyboru, do koloru - jeden mały, krępy o śniadej karnacji i ciemnych włosach, a drugi wysoki, dziobaty blondyn w czarnych spodniach w białe paski. Dwie chodzące masakry, w których ramiona żadna desperacja by mnie nie pchnęła. No ale nikt nie powiedział, że oni by mnie chcieli. Tacy młodzi bogowie... W każdym razie - wchodzą i pytają o mnie. Chciałabym powiedzieć, że oblewam się rumieńcem, ale nie ze mną te numery. Proszą mnie na stronę. Wychodzę. No i zaczyna się napierdalanie o funduszu emerytalnym. Dla świętego spokoju podpisuję, co mi tam podsuwają. Dziobaty próbuje mnie zagadywać, pytając się, czy coś się stało. Kurwa - bo tak sobie pomyślałam. Niby wiem, że mam parszywy wyraz gęby, który nie wskazuje nawet na śladowy współczynnik sympatyczności, ale bez przesady - staram się stwarzać jakieś pozory! Widząc moją bitwę myśli, odbijającą się na mimice twarzy, postanawia dodać, że chodzi mu o to, że jestem ubrana na czarno. I jak tu nie chodzić na czarno, skoro ludzie ciągle zabijają moją radość życia takimi debilnymi tekstami? No dobrze. No to dalej jakieś pitu-pitu, aż w końcu Flip i Flap załatwiwszy wszystkie formalności ze mną, idą sobie w siną dal, żeby nie powiedzieć, że w pizdu. Wiem, niby nic nie wynika z tego, co tu napisałam. Prawdziwa puenta rozegrała się, jak wróciłam do domu. Już zdążyłam prawie zapomnieć o arcyprzystojnych i stylowych mężczyznach, którzy mnie tego dnia nawiedzili, aż tu nagle zadzwonił telefon. Zwykle nie odbieram nienzajomych numerów, ale jakaś siła nieczysta kazała mi to zrobić. Odbieram. Po krótkim autozaanonsowaniu mojego rozmówcy, orientuję się, że gadam z dziobatym. Który proponuje mi randkę. Kurwa! Dlaczego, jak już ktoś mi proponuje randkę, to jest to, nie dość, że aseksualny typ, to jeszcze debil?! Dobra. Wolę nie wiedzieć. Najgorsze i najsmutniejsze jednak jest to, co mu odpowiedziała na ową zacną propozycję Ciocia Cięta Riposta, czyli ja... Odpowiedziałam mu: "Przykro mi, ale mojemu narzeczonemu by się to nie spodobało". Ale mu pojechałam. Hoho. Starzeję się w wyjątkowo kiepskim stylu!

skomentuj (1)

Synkretyzm w nieczystej postaci, co nie? 2009-11-29 21:22:53

To będzie zajebiście eklektyczna notka, bo mam teraz zajebicie eklektyczny burdel w mojej zajebiście eklektycznej głowie.

Po pierwsze - nienawidzę starych ludzi. Bo jak np. wracam z mojej radosnej pracy (w której to np. sporządzam wykaz zgonów w domach pomocy społecznej, ale o tych fascynujących sprawach może napomknę kiedy indziej) ze świdrującym, pulsującym bólem brzucha, który przyprawia mnie o myśli samobójcze i chcę sobie przycupnąć na jakimś siedzeniu w autobusie, ale nie mogę, bo jakaś stara, zagrzybiała, ociekająca tłuszczem i starczym smrodem stara jędza zajęła dwa miejsca i ni chuja nie chce ruszyć swojej dupy z demencją starczą, to nie mam miłości dla świata wtedy. Nie ma we mnie człowieczeństwa w takich chwilach. I grzecznie proszę, czy mogłaby się posunąć, bo bardzo źle się czuję i muszę usiąść. Ale nie, kurwa. Nie. W starych ludziach też nie ma człowieczeństwa. Nie ma miłości do bliźniego. Ni chuja. I niech tylko spróbuje się przeżegnać koło jakiegoś kościoła, to ręka odpadnie. No więc, wracając do meritum - grzecznie proszę i wiecie, co mi ta pizda odpowiada? Że jestem młoda, to mogę sobie postać! Tak, jakbym kazała jej podnieść pomarszczoną dupę. Prosiłam tylko o zmianę współrzędnych o kilka centrymetrów, by choć jeden półdupek mojej pokażnej Dżenifer Lopez się zmieścił. I nie dostałam tego. Smutno mi, Boże, było. Więc kazałam się wiedźmie smażyć w piekle. W myślach. Ale wymskło mi się na głos i zostałam przez autobus cały zezwana od pozbawionej szacunku do starszych ludzi gówniar. Kurwa. Sprawiedliwość.

Następną rzeczą, a propos rzucania klątw, będzie anegdotka tudzież scenka rodzajowa.

Idę sobie z niejakim Wojciechem bardziej znanym po nazwisku, ale że nie wypada, to niech będzie znanym po imieniu, łódzką ulicą Narutowicza. Wracamy z piwa, czy tam z kilku piw - kto by liczył? Idziemy, jest fajnie, nogi prowadzą do celu. Aż tu nagle (a co - spodziewaliście się, że nie będzie żadnego "aż tu nagle"?) podchodzi do nas pan żul. Chuj - myślę sobie - mam gest, dam mu fajkę, jak poprosi. Ale nie. To pan żul, który o nic nie chce prosić. No i zaczyna swoją przemowę. Że jest smutnym i samotnym na tym ziemskim padole człowiekiem. Że nie ma rodziny, że jest nieszczęśliwy. I tu odzywa się we mnie prawdziwa suka, bo zaczynam rechotać jak stara ropucha. Czasem tak mam - jak ktoś jest śmieszny, to nie ma przebacz. Pan żul z wyrzutem zapytuje, czy chcę być tak smutna i samotna jak on. Zanosząc się od śmiechu, ocierając łzy jak grochy, odpowiadam, że już jestem smutna i samotna i czy tego nie widzi? I wtedy się, kurwa, zaczyna klątwa króla skorpiona. Pan żul tako rzecze, że miał sen, że jak kogoś dotknie, to przekaże mu to, co ma on - smutek i samotność. Na wieki wieków. Ale on absolutnie nie zamierza nam tego przekazywać, że dobrze nam z oczu patrzy. Ja oczywiście w spazmatyczny śmiech uderzam. Pan żul się zapytuje agresywnie, czy ma mnie dotknąć. Mówię, żeby trzymał łapy przy sobie i odchodzę, turlając się ze śmiechu. Wojciech zostaje, próbując zakończyć ten dialog, na co Pan żul znowu syczy, czy ma go dotknąć, na co Wojtek żwawo wyciąga rękę i mówi: MASZ, DOTKNIJ MNIE! No to pan żul go dotknął, mówiąc przy tym zaklęcie: ŻYCZĘ CI, ŻEBYŚ BYŁ TAK SAMO SAMOTNY I SMUTNY JAK JA. Może zadzwonię do Wojtka, co?


skomentuj (3)

Księga Gości